poniedziałek, 17 marca 2014

Rozdział Pierwszy

Odrzuciłam przeszkadzające mi w jedzeniu pasma brązowych włosów do tyłu. Gwar stołówkowych pogawędek przeszkadzał mi w normalnym funkcjonowaniu, a śmiech przyjaciółek dobijał boleśnie. Dlaczego ja nie mogłam być tak jak one, normalna? Grzebałam plastikowym widelcem w mało apetycznej sałatce z serem fetą, którego nienawidziłam. Niestety, albo to, albo przypalone kotlety z podejrzanego mięsa. Ewentualnie przechadzka do piekarni z najdroższym pieczywem w całym mieście. Rozejrzałam się po sali. Wszystko mnie kompletnie przytłaczało, zwłaszcza myśl o nowym chłopaku w szkole, nie dawało mi to spokoju. Czemu ja o nim myślę? To przecież zwykły, zimny drań...
- Halo, tu Ziemia. Melanie? Odbiór. - zaśmiała się Emma.
No właśnie, o tej normalności mówię. Potrafią pożartować, gdyż ja...
- Zamyśliłam się. - poczułam jak czerwienią mi się policzki.
- Naprawdę? Co za nowość!
Uśmiechnęłam się. Uwielbiałam to, że zachęcały mnie do jakiegokolwiek przekomarzania się, rozmowy. Nie mam pojęcia, serio, jak one ze mną wytrzymują. Jak w ogóle my się zaprzyjaźniłyśmy? Co naszą przyjaźń jeszcze trzyma? Tyle osób jest samotnych, które desperacko szukają przyjaźni, a ja mam ją za nic... Jestem samolubna.
- Prawda? Takie ze mnie starocie. - rzuciłam.
Chyba nie było to ani zabawne, ani błyskotliwe, bo dziewczyny spuściły oczy. Rety, jestem aż tak okropna?
- Nie odwracaj się. - wyszeptała Kathie.
A więc o to chodziło. Jednak..., mimo nalegań przyjaciółek, żebym tego nie robiła, odwróciłam się. I... natknęłam się na szmaragdowe spojrzenie tego nowego chłopaka o, którym dzisiaj myślałam. Jego wzrok onieśmielił mnie, więc udając obojętność wróciłam do lunchu.
- Róbcie coś, patrzy na nas. - jęknęłam rozpaczliwie. - No róbcie. Wyglądacie jak idiotki. - dodałam. Emma i Kathie jakby nagle oprzytomniały i zaczęły pogodną pogawędkę o bezużytecznych rzeczach. Westchnęłam, ale to nie zmieniało faktu, że czułam jego spojrzenie na moich plecach. Nie odwróciłam się przez resztę przerwy obiadowej.
                                                                             ***
Droga do domu mijała mi samotnie. Nigdy nikt ze mną nie wracał, mieszkałam na pustkowiu. Chociaż... Może to i dobrze? Nie zniosłabym, gdyby ktoś mnie zagadywał, a ja nie wiedząc co odpowiedzieć, milczałabym. Byłoby to zarówno źle dla mnie jak i dla osoby towarzyszącej mi. Wróciłam do pustego domu. Porwani w wir pracy rodzice sprawili, że od kilku lat sama siebie wychowywałam i uczyłam na własnych błędach, których w prawdzie nie popełniam. Nie wychylałam się za bardzo, ale nie byłam także tym aniołkiem. Potrafię o siebie zadbać i zawalczyć, choć to nie pasuje do mnie i mojego charakteru. Jestem dziwna. Domieszka niewinności i twardości sprawia, że jestem unikatowa. Lubię to określenie. Sprawia, że czuję się niesamowita. Moja uroda, a raczej jej brak nie jest dla mnie komfortowa. Em i Kat powtarzają, że jestem piękna, ale ja wiem swoje. Udałam się do swojego pokoju w którym panował idealnie idealny porządek. Rzuciłam plecak na łóżko i poszłam do kuchni. Odgrzałam obiad, który był wczoraj i przedwczoraj. Mimo wszystko 3-dniowe spaghetti miało się dobrze i było o niebo lepsze od szkolnej sałatki, której nawet nie tknęłam. Gdy posiłek został przeze mnie skonsumowany, postanowiłam przejść się na pola, które były dość blisko. Lubiłam śpiew ptaków, które zakłócały martwą ciszę, przypominając milczącą mnie i moje przyjaciółki śmiejące się, zapach traw... Wszystko co związane z tymi łąkami, było mi bliskie. Słońce miło prażyło. W końcu była to jesień. Mimo wszystko, nie było to lato... Usiadłam na ziemi i spojrzałam w niebo. Rozmyślałam nad kształtami chmur, gdy nagle odezwał ochrypły głos:
- Tutaj nie ma twoich przyjaciółek, chyba możesz na mnie popatrzeć?